Istota dobra w człowieku

To właśnie jest odpowiedź, którą teraz, po zbadaniu mniemań przeciwnych, dać musimy na powyższe pytanie, tj. na pytanie: czy człowiek, dla którego niema zła, jest właśnie człowiekiem dobrym? Duch żyjący jest podobny do żywego ciała. W tym ostatnim odróżniać możemy dwojaki rodzaj żywotności. Z jednej strony bowiem, aby jaki gatunek zwierzęcy w ogóle mógł być zachowany, każdy jego osobnik musi być tak uposażony, żeby w nim zachodziło odpowiednie odżywianie i wydzielanie, żeby przeciw najczęstszym niebezpieczeństwom istniały w nim środki zaradcze, żeby nareszcie możliwe było odpowiednie płodzenie i rozmnażanie się. Tę żywotność możemy nazwać bezwzględną. Obok niej można jednak jeszcze odróżniać żywotność względną. Albowiem z kilku wykończonych i bezwzględnie żywotnych gatunków jeden może wyprzeć drugi, który za tym w stosunku do tamtego, tj. względnie, mniejszą posiada żywotność. Tak np. o żubrze powiedzieć możemy, że bezwzględnie okazał zupełną żywotność, ale względnie tylko mało żywotności; a z ludzi to samo powiedzieć można o rasie, czerwonoskórych.

Coś podobnego, jak powyżej nadmieniliśmy, stosuje się też do ducha ludzkiego. Stała równowaga osobowości pozostaje w stosunku do bezwzględnej żywotności. Duch, pozbawiony tej równowagi, nie może się zachować w swym swoistym charakterze; w ciągu życia wciąż się zmienia, wypadkom zewnętrznym nie może stawiać czoła; człowiek z taką osobowością nie może za tym przekazać swemu potomstwu trwałego i stałego typu; nie może też, właśnie ponieważ nie jest dobrym człowiekiem w naszym rozumieniu, osiągnąć bezwzględnej żywotności. Ta zaś jest pierwszym warunkiem żywotności względnej. Tylko po takim typie, który sam jest niezależny od zła zewnętrznego, można w ogóle się spodziewać, iż wskutek lepszego przystosowania do warunków, wyprze inne typy i w ten sposób, jako pierwsze ogniwo, utoruje drogę dla nowego i dalszego rozwoju. Jednostka nie może przeto naturalnie nigdy dążyć do tego, żeby zdobyć sobie żywotność względną; lecz wszystko, co uczynić może, ogranicza się do tego, żeby przez zbliżenie się do równowagi stałej, a więc przez wytworzenie typu swoistego, uzyskać widoki na możliwe dalsze doskonalenie tego swoistego charakteru.

Nie możemy wprawdzie z całą ścisłością wykazać, że taki stosunek można nazwać dobrym, a takiego człowieka, który się zbliża do tego celu, dobrym człowiekiem. Bo „dobry“ oznacza normę czyli prawidło dla woli, oznacza nakaz; żaden zaś nakaz nie da się wywieść z poznania, a tylko taki wywód byłby dowodem w znaczeniu naukowym. Atoli ścisły dowód możemy chyba tu zastąpić definicją wyrazu albo pojęcia i sądzimy, że można to uczynić w następujący sposób: Dobrem jest to, co jest godne pożądania. Najczęściej zaś dobra pożądamy dla czegoś innego: jest za tym dobre, ponieważ jest pożyteczne. Inaczej jednak rzecz się ma z tym dobrem, którego istotę teraz chcemy zbadać. To dobro ma bowiem być ostatecznym celem ludzkiego pożądania, owym najwyższym celem, gwoli któremu wszelkie inne rzeczy dobre mają uchodzić za dobre, tj. za pożądane i pożyteczne. Innymi słowy, co teraz chcemy określić, jest to dobro samo w sobie, czyli najwyższe dobro, to, czego pragniemy dla niego samego. Wydaje się nam zaś niedorzecznością, gdyby kto ten cel ostateczny chciał określić w jakikolwiek sposób, wiążący go z unicestwieniem, tak że zgodnie z naturą tego celu, jego urzeczywistnienie musiałoby się stać jego nieurzeczywistnieniem. Tak jednak rzecz się ma, jak nam się zdaje, z każdym innym wyjaśnieniem dobra, oprócz naszego. Niech kto dobro określa, jak mu się podoba: skoro ono z natury swej nie daje zapewnienia, że kiedyś może być osiągnięte, otrzymane, i może stać się trwałym nabytkiem ducha, nie może też być uważane za dobro w bezwzględnym znaczeniu tego wyrazu. To zapewnienie zaś daje tylko niezależność od zła, czyli stała równowaga, gdyż tylko w jej pojęciu zawarte jest to, iż raz osiągnięta, nie może być znowu utracona. Stąd rzecz oczywista, że jeśli dobro w ogóle ma jakiś sens rozumny, to może polegać tylko na koniecznej niezależności od zła, a dążenie do dobra, a więc cnota, tylko na zbliżeniu się do tej stałej równowagi. Można przeto i tak się wyrazić: pojęcie najwyższego dobra, do którego mamy dążyć dla niego samego, samo przez się wyraża, że za takie najwyższe dobro może uchodzić tylko pozbawione zła samozachowanie ducha; a tym samym wy kazaliśmy, jak sądzę, że dobrym człowiekiem nie może być nikt inny, jak tylko ten, dla którego zło nie istnieje.

Przyroda jednak w swej wielkiej mądrości i dobroci jeszcze coś nadto uczyniła. Jako nagrodę za cnotę wyznaczyła nie tylko samozachowanie, utrzymanie się i dalsze trwanie, lecz także rozwój i postęp. Z prawa gniewu, iż tylko dobry się utrzyma, uczyniła prawo miłości, głoszące, iż on nadto stanie się jeszcze lepszym. W niej, która z mułu pierwotnego wytworzyła ciało człowieka, a z mrocznego brzasku ostrygi – duch ludzki: w niej możemy też pokładać pełną otuchy ufność, iż temu, który się stara uwolnić się od prawdziwego zła, pozwoli też pracować przy wznoszeniu gmachu lepszej przyszłości, w nieskończonym postępie ducha ludzkiego.

Jeśli zatem człowiek, dla którego niema zła, bez wątpienia jest tym, który najlepiej się utrzymuje, a przeto i tym, w którym są złożone nadzieje przyszłości, to z równą pewnością jest on też i dobrym człowiekiem. Bo cóż byłoby dobre, jeśli nie zapewnienie innego dobra i korzeń lepszego? On to kroczy na czele w kierunku ogólnego rozwoju świata i szczegółowego rozwoju ludzkości. Kto się do niego zbliży, ten o krok postąpi w jednym, wielkim, wiecznym postępie świata. A kierunek, w jakim ten krok ma postawić, wskazuje mu cel, przed nim zatknięty, pierwowzór dobrego człowieka, dla którego niema zła, ideał Sokratesa! Że ten ideał jest historycznie prawdziwy, wykazaliśmy w pierwszej części: że jest psychologicznie możliwy, staraliśmy się dowieść w drugiej części; a dodawszy jeszcze wykaz, iż właśnie tego ideału poszukujemy i do niego dążymy, przejdziemy teraz do zbadania, jak człowiek ma się urządzić i jak musi być usposobiony, żeby się zbliżyć do tego ideału.