Dobro w człowieku

Badania poprzedniej części doprowadziły nas do wyniku, iż nie jest to rzeczą wprost niezgodną z przyrodą człowieka, żeby mógł istnieć człowiek, któryby już nie był narażony na zło prawdziwe czyli duchowe; wykazaliśmy więc możliwość takiego człowieka, dla którego niema zła. A dla następnej części zapowiedzieliśmy roztrząsanie kwestii, jakie warunki trzeba zachować, aby tę możliwość, jeśli nie w całości, to choć w części urzeczywistnić, tj. jakie usposobienie duchowe jest wymagane dla takiego człowieka.

Zanim jednak zwrócimy się do tego dalszego badania, uważamy za rzecz potrzebną omówić wpierw zasadniczą wątpliwość, która już teraz, być może, niejednego czytelnika zbija z tropu. Ta wątpliwość brzmi tak: czy rzeczywiście jesteśmy uprawnieni, człowieka, dla którego zło nie istnieje, nazywać dobrym człowiekiem? Czyż rzeczywiście dobroć czyli cnota człowieka polega na tym, żeby właściwa jego wartość nie mogła być obniżona? Boć jeśli poprzednio pojęcie dobra w ten określiliśmy sposób, tośmy właściwie tylko ominęli kwestię. To jednak oczywista, że w dotychczasowych wywodach człowieka, dla którego niema zła, jedynie przez takie określiliśmy okoliczności, które leżą w nim samym; a możemy dodać, że i w następnych wywodach nie przekroczymy tej drogi, że tam również uwzględniać będziemy tylko przymioty jednostki. Wprawdzie nie w ten sposób, jak gdybyśmy pomijali społeczną naturę człowieka i obfite źródło ferm towarzyskich, z którego życie czerpie: przeciwnie, i owe zadania, które przypadają człowiekowi, jako czynnemu członkowi większych i mniejszych stowarzyszeń, wymagałyby w systemie etyki należytej oceny. Ale w tej podstawowej rozprawie możemy zajmować się tylko podstawami. To też ograniczenie się do jednostki z naszego stanowiska rozumie się samo przez się; wszak pragniemy doprowadzić człowieka do niezależności od wszelkich spraw zewnętrznych: jakżeż więc moglibyśmy dawać mu obowiązujące przepisy co do jego zachowania względem spraw zewnętrznych, przedstawiać go przeto w zależności od nich?

Właśnie przeciw temu stanowisku zwracają się wzmiankowane wątpliwości. Zanim jednak zabierzemy się do obrony naszego stanowiska przeciw tym wątpliwościom, roztrząśnijmy naprzód owe pojęcia dobra i cnotliwości, które mogą podzielać nasi przeciwnicy. Ci zaś, o ile nam się zdaje, należą do dwóch klas. Jedni bowiem upatrują cnotę w zależności od czegoś wyższego, czy to w przestrzeganiu przykazań boskich, czy abstrakcyjnego obowiązku, czy nareszcie głosu sumienia: inni zaś w zależności od czegoś jednorodnego, mianowicie od innych ludzi; a między tymi można znów odróżniać przedstawicieli dwóch kierunków: takich, którzy stan wewnętrzny, dotyczący bliźniego, miłosierdzie czyli bezinteresowność (altruizm) uważają za cnotę, oraz takich, którzy ją upatrują w zewnętrznym uwzględnianiu innych ludzi, ogółu czyli społeczeństwa. O tych stanowiskach teraz pomówimy po kolei.